Konferencje i spotkania z zachodnimi politykami to manipulacja – polityka makijażowa. Zachód ma wciąż wierzyć, że Łukaszenka może skierować kurs państwa ku Europie, podczas gdy robi dokładnie co innego. Aleksander Łukaszenka prowadzi politykę antybiałoruską – pozwala na dominację Rosji i sprzedaje jej Białoruś po kawałku. Patrzmy na czyny, nie słowa i maski– mówi Paweł Usow, niezależny białoruski analityk. 
Aleksander Łukaszenka na konferencji monachijskiej w Mińsku
Aleksander Łukaszenka na konferencji monachijskiej w MińskuFoto: PAP/EPA/SERGEI GRITS

Ostatnie spotkania i konferencje Aleksandra Łukaszenki, w tym wizyta asystenta sekretarza stan USA ds. Europy i Eurazji Wessa Mitchella, wizyta ministra spraw zagranicznych Polski, konferencja grupy monachijskiej, zdaniem Pawła Usowa, niezależnego białoruskiego analityka na emigracji, nie powinny być rozpatrywane z punktu widzenia realnej polityki i nie przyniosą żadnych rezultatów. Nabiera za to rozpędu proces integracji z Rosją, która w ostatnim czasie rozmieszcza m.in. zestawy Samarkand na terenie Białorusi. I to tylko jeden przykład.

Paweł Usow podkreślił, że Białoruś nie jest państwem niezależnym. Jest zależna od Rosji, nie może zatem, jak proponuje Mińsk podczas takich konferencji, być neutralnym rozjemcą w kwestii Ukrainy, może być raczej koniem trojańskim.

Również proponowany przez Mińsk system bezpieczeństwa, Helsinki 2, jest w ocenie analityka bardzo niebezpieczny. Łukaszenka w jego ocenie chce zmusić Zachód do wymiany – demokracja, wartości za bezpieczeństwo. — System wartości Mińsk proponuje całkowicie odrzucić – a przynajmniej nie traktować ich jako kamienia węgielnego, lecz odrzucić je na pozycję dziesiątą czy dwudziestą. A na pierwszym miejscu Łukaszenka proponuje postawić kwestie bezpieczeństwa i stabilności — czyli właśnie to, co najbardziej martwi dziś UE i Zachód.  Zatem chodzi o zamianę demokracji na bezpieczeństwo. W ten sposób Łukaszenka chce zbudować podejście Europy do Białorusi – czyli reżim jest autorytarny, ale stabilny. Dlatego lepiej wspierać reżim autorytarny niż widzieć tam strefę niestabilności – mówił analityk. Taka zmiana byłaby bardzo niebezpieczna dla Zachodu, mówi Paweł Usow, dodając że wszystkie obecne konflikty na obszarze ZSRR to właśnie efekt autorytarnych rządów 

W ocenie eksperta Pawła Usowa działania organizacji pozarządowych, mediów niezależnych, „to kropla w morzu antybiałoruskości –  a ostoją w tej antybiałoruskości jest reżim Aleksandra Łukaszenki”. Chodzi o to, że na Białorusi przestrzeń opinii publicznej oddano Rosji – mediom rosyjskim, państwo nie pielęgnuje tożsamości białoruskiej, a postsowiecką. Przykładem są choćby niedawne obchody stulecia powstania Komsomołu. Państwo nie czci tymczasem takich rocznic, jak rozstrzelanie grupy białoruskich poetów i intelektualistów przez NKWD.

Paweł Usow podkreślił, że politycy europejscy powinni patrzeć na Białorusi z poziomu życia człowieka. Podał przykład: noblistka Swietłana Aleksijewicz od czterech lat nie może wygłosić wykładu na żadnym z białoruskich uniwersytetów.

Realia to represje wobec wolnych mediów, Białorusini nie mają wolności wyboru, wpływu na kierunek polityczny kraju, nie ma swobodnej działalności politycznej i organizacji pozarządowych. Tłumiona jest na Białorusi działalność niezależna, media, polityka, ngo, ale za to wspiera się prorosyjskie organizacje, opinię społeczeństwa kształtują rosyjskie media.

Niezależne organizacje tymczasem otrzymują mniejszą pomoc od Zachodu — takie są sygnały. Analityka nie zdziwiła też wcale deklaracja Łukaszenki w sprawie Fortu Trump.

Zapraszamy do lektury wywiadu.

**

PolskieRadio24.pl: Wydarzenia polityczne na Białorusi w ostatnim czasie nieco się zagęściły: wizyta asystenta sekretarza stan USA ds. Europy i Eurazji Wessa Mitchella, wizyta ministra spraw zagranicznych Polski, konferencja grupy monachijskiej. Co zwróciło Pana szczególną uwagę?

Paweł Usow, doktor nauk politycznych, kierownik Centrum Analiz i Prognoz Politycznych:  Odróżniłbym politykę realną Realpolitik, od formalnej, makijażowej, do której można zaliczyć owe konferencje i spotkania.

Gdy mówię o polityce realnej, mam na myśli wyjście poza abstrakcyjne deklaracje. Na Białorusi taka polityka kształtuje się wyłącznie w relacjach z Moskwą. Rosja jest jedynym graczem, który wpływa na sytuację na Białorusi, ale także jej politykę międzynarodową i priorytety geopolityczne.

Zacznijmy od opisu polityki realnej. Podczas spotkania Władimira Putina z Aleksandrem Łukaszenką określona została polityczna sytuacja Białorusi, ustalono zgodę Moskwy na dotacje finansowe. Potem widzimy wizytę szefa MON Rosji Siergieja Szojgu na Białorusi i jego deklaracje w sprawie reakcji na ew. powstanie amerykańskiej bazy w Polsce, a następnie widzimy synod rosyjskiej cerkwi patriarchatu moskiewskiego i jego reakcję na autokefalię Ukrainy i historyczny rozłam w prawosławiu. Do tego nowy ambasador Rosji Michaił Babicz prowadzi na Białorusi bardzo aktywną politykę i wdraża w praktyce tzw. rosyjski świat (russkij mir) w społeczeństwie i w biznesie białoruskim. To właśnie jest realna polityka, celem której jest dalsza inkorporacja Białorusi, rozszerzenie wpływów Rosji. Do tego doszły informacje, że Rosja rozmieści na terytorium Białorusi system zakłócania fal radiowych, Samarkand. I ta polityka wpływa realnie nie tylko na sytuację na Białorusi, ale też w regionie.

Co widzimy z drugiej strony, która miałaby zbilansować te fatalne wpływy Rosji na obszarze Białorusi? Mieliśmy trudne do zliczenia wizyty zachodnich polityków, ekspertów. Mieliśmy forum bezpieczeństwa w Mińsku latem tego roku, teraz konferencję monachijską, wizytę asystenta sekretarza stanu USA Wessa Mitchella, wizytę ministra spraw zagranicznych Polski.

Białoruś próbuje kompensować tymi spotkaniami, forami, konferencjami realne wpływy Rosji na obszarze Białorusi i w ten sposób niby je bilansować. To znaczy — bilansować je w oczach polityków europejskich, ponieważ w rzeczywistości Białoruś coraz bardziej jest wciągana w strefę wpływów i interesów Rosji. Nic realnego w stronę zbilansowania tego stanu rzeczy w relacjach z Zachodem Białoruś nie robi i zrobić nie może.

Te wszystkie spotkania i wizyty to polityczny make-up – chodzi o to, aby politycy europejscy i amerykańscy nie tracili wiary w to, że Białoruś jest wciąż krajem niepodległym, a Aleksander Łukaszenka jest politykiem samodzielnym i może zorientować Białoruś w stronę Zachodu, podczas gdy tak nie jest. Te konferencje są organizowane w celu manipulacji opinią polityków europejskich. Nic więcej, nic praktycznego w tych konferencjach nie ma i być nie może.

Jak donoszą media, Aleksander Łukaszenka przedstawił deklaracje dotyczące Ukrainy, na przykład, że gotów jest uczestniczyć w stabilizowaniu sytuacji na Donbasie, Białorusini mieliby wziąć na siebie odpowiedzialność za zabezpieczenie  granicy ukraińsko-rosyjskiej i spokoju podczas wyborów w Donbasie. Wcześniej mówił o udziale Białorusinów w misji rozjemczej. Po drugie Łukaszenka proponował drugi pakiet propozycji – tak zwane Helsinki 2, dotyczące bezpieczeństwa w regionie. Co sądzić o tych propozycjach?

Tymi propozycjami Łukaszenka manipuluje od 2015 roku. Jego zamiary i deklaracje, by wysłać białoruskich rozjemców do Donbasu wybrzmiały już w 2015 roku. Temat Helsinek 2 powstał w ubiegłym roku, gdy Białoruś gościła zgromadzenie parlamentarne OBWE. Wówczas Łukaszenka wygłosił deklarację o konieczności realizacji projektu Helsinki 2.

Co to za inicjatywy? Po pierwsze, jeżeli mowa o rozjemcach —  to manipulacja, bo rozjemcami mogą być państwa zachowujące neutralność i dystans od tego czy innego konfliktu. Białoruś nie może zaś być uznana za kraj neutralny, z  tej prostej przyczyny, że jest ona członkiem wojskowej Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, jest w sojuszu z Rosją, państwem agresorem, jeśli chodzi o Ukrainę i nie może zachowywać dystansu. Co więcej Białoruś jest krajem uzależnionym od Rosji, podtrzymuje jej inicjatywy na arenie międzynarodowej, kilkakrotnie wspierała Rosję na forum ONZ, na przykład gdy głosowano nad rezolucjami dotyczącymi praw człowieka na Krymie czy działań Rosji w Syrii. Tu Białoruś zawsze jest po stronie Rosji. Nie będzie zatem krajem niezależnym. Gdyby doszło do powstania takiego białoruskiego oddziału, to byłby raczej koń trojański. Rosjanie mogliby wykorzystywać Białorusinów na swoją korzyść.

Jednak rzucając taką propozycję, Mińsk chce uzyskać tytuł donora bezpieczeństwa w regionie. Chce pokazać, jakoby był aktywnym graczem, prowadził samodzielną politykę.

Ale ta gra ma miejsce tylko i wyłącznie podczas rozmów z politykami europejskimi. Dla porównania – nigdy takie deklaracje nie padały podczas spotkań Białorusi i Rosji. Nigdy Łukaszenka nie proponował czegoś takiego Putinowi, Szojgu, czy Patruszowowi, czy Naryszkinowi.

Nie pamiętam takich deklaracji ani propozycji wobec Moskwy. Łukaszenka wie, że Moskwa nigdy się nie zgodzi. Za to w oczach Europejczyków takie zachowanie Łukaszenki wydaje się sympatyczne. Łukaszenka to rozumie i cały czas manipuluje opinią Zachodu.

To samo dotyczy drugiej propozycji Łukaszenki, Helsinek 2. Najważniejszym jej punktem jest odrzucenie oparcia systemu bezpieczeństwa w Europie na wartościach. Helsinki 1 i dzisiejszy tradycyjny model bezpieczeństwa budował się na wsparciu tradycyjnych wartości politycznych — wolnościach słowa, zgromadzeń, wolnych wyborach, demokracji i praworządności etc. Właśnie ten system wartości Mińsk proponuje całkowicie odrzucić – a przynajmniej nie traktować go jako kamienia węgielnego, lecz odsunąć na pozycję dziesiątą czy dwudziestą. A na pierwszym miejscu Łukaszenka proponuje postawić kwestie bezpieczeństwa i stabilności — czyli właśnie to, co najbardziej martwi dziś UE i Zachód. Zatem chodzi o zamianę demokracji na bezpieczeństwo. W ten sposób Łukaszenka chce zbudować podejście Europy do Białorusi – czyli: reżim jest autorytarny, ale stabilny. Dlatego lepiej wspierać reżim autorytarny niż widzieć tam strefę niestabilności.

Ta układanka jest w pewnym sensie wynikiem błędnego koła i błędnego podejścia UE do Białorusi, w którym wartości odeszły już nie na drugi i nie na trzeci plan, ale na dziesiąty. Mińsk to dobrze rozumie i manipuluje tym podejściem – mówi o tym, że warto odsunąć na bok sprawę wartości, wolności politycznych i na pierwszym miejscu postawić sprawę bezpieczeństwa. Gdyby Europa na to się zgodziła, można byłoby postawić w ogóle krzyżyk na obecnym systemie bezpieczeństwa w Europie, ponieważ on budowany jest w oparciu o wsparcie i rozwój bezpieczeństwa. Bez demokracji nie ma bezpieczeństwa —  to trzeba rozumieć. Te wszystkie konflikty, które mamy dziś na obszarze poradzieckim to wynik autorytarnych rządów za ZSRR, rezultat łamania praw człowieka, braku wolności, manipulacji przy wyborach i braku praworządności dzisiejszych reżimów. Można wyliczać dalej te różne skutki rządów autorytarnych i niepraworządności, jak np. w przypadku Wiktora Janukowycza.

Europa to rozumie i mam nadzieję, że się nie zgodzi na taką propozycję. Jednak Aleksander Łukaszenka nie ma niczego innego do zaproponowania ze swej strony. Proponuje to, co chcą od niego usłyszeć politycy europejscy. Demonstruje dobre intencje, mówi że trzeba uregulować konflikt, system bezpieczeństwa. A w rzeczywistości Mińsk jest włączony w system bezpieczeństwa i system obronny Rosji. Czyli także można rozpatrywać Mińsk jako możliwe źródło napięcia i agresji.

Skoro już mówi pan o bezpieczeństwie,  to Aleksander Łukaszenka już dawno w taki wyraźny sposób nie zadeklarował tego sojuszu z Rosją, o którym pan mówi, jak na monachijskiej  konferencji. Powiedział w kontekście Fortu Trump, że Białoruś wraz z najważniejszym sojusznikiem zamierza zareagować, bo nie są „idiotami”. W sposób jednoznaczny opowiedział się po stronie Rosji w kwestiach militarnych.

Inaczej nie mógł powiedzieć.

Mógł zdecydować, że będzie milczał w tej sprawie.

To pokazuje realną politykę Łukaszenki. To wyrażenie tej realnej sytuacji, w której znajduje się Białoruś. Inaczej być nie mogło. Europejczycy jednak ignorują rzeczywistość: wolą wierzyć własnym oczom, nie własnym uszom. Wierzą w to, co mówi Łukaszenka, ale nie chcą przyjąć do wiadomości, co robi. To bardzo złe podejście, które nie doprowadzi do niczego.  To znaczy, da możliwość dalszej manipulacji opiniami i zachowaniem Europejczyków.

Rzeczywiście, jeśli chodzi o podejście to Białorusi, to często zachodni eksperci czy politycy podkreślają teraz, że ich zdaniem Aleksander Łukaszenka stara się utrzymać niezależność Białorusi. Podkreślają też, że nie uznał Abchazji ani Osetii, a zajął przynajmniej zdystansowane stanowisko względem Krymu. I panuje takie przekonanie, że teraz toczy się gra o to, by Białoruś zachowała niepodległość. Jak pan na to się zapatruje?

To znowu jest kwestia tego, co ludzie chcą przez to udowodnić. Tak, nie uznał Abchazji i Osetii, ani aneksji Krymu, ale też ich nie skrytykował. Druga rzecz – Białoruś jest w sojuszu z Rosją. Trzeci punkt – przestrzeń informacyjna na Białorusi jest całkowicie pod kontrolą i z rosnącymi wpływami mediów rosyjskich. W ciągu 4 lat Łukaszenka nic nie zbroił, żeby ograniczyć wpływ mediów rosyjskich na opinię publiczną. Wciąż ponad 70 procent Białorusinów uważa, że Rosja postąpiła słusznie anektując Krym, wspierali i wspierają Rosję w tej sprawie. I taki jest rezultat świadomej polityki Łukaszenki.

Na Białorusi działają otwarcie media rosyjskie. Sputnik – agencja informacyjna, Russia Today otworzyły biuro w Mińsku, telewizja Białorusi nadaje programy rosyjskie z kremlowską propagandą.

O czym to zatem świadczy? Na użytek zewnętrzny Łukaszenka może i nie uznaje aneksji i chce wykorzystać tę sytuację, ale wewnętrznie nic nie robi, by usamodzielnić Białoruś, by utworzyć pewne instytucje narodowe.

Inna rzecz – w ostatnich dniach Białoruś obchodziła jubileusz założenia Komsomołu, czyli komunistycznego stowarzyszenia młodzieży w 1918 roku. Była to na Białorusi uroczystość państwowa. Czyli Łukaszenka nie wspiera świadomości i kultury narodowej, co jest potrzebne w warunkach wojny hybrydowej i napięcia informacyjnego ze strony Rosji, a wspiera symbole i kulturę radziecką, które są częścią świata rosyjskiego.

Wciąż ani godło, ani flaga nie mają statusu historycznego – wciąż za noszenie tych symboli można dostać karę finansową. Wciąż dziennikarze Biełsatu cierpią prześladowanie i otrzymują wysokie kary finansowe za to, co chcą głosić – a chcą przekazywać prawdę i kształtować przestrzeń informacyjną, ograniczać wpływy Rosji.

Czyli nie rozwija się tych obszarów, które mają kluczowy wpływ na zachowanie niezależności.

A wpływy Rosji są nieograniczone. Dodajmy do tego elektrownię atomową, którą na Białorusi budują Rosjanie.

Powiedzmy tak – formalnie nieuznanie tego czy owego faktu niczego nie zmienia w realnych procesach, które obserwujemy i które zachodzą na Białorusi. Na tym polega problem.

Czyli to nieuznanie to działanie pozorne, którego celem nie jest zmiana obecnej sytuacji, a uzyskanie od Zachodu określonych korzyści. Oprócz tego iż na Zachodzie postrzega się zagrożenie niepodległości Białorusi i jej konsekwencje, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa, to jest przede wszystkim problem społeczeństwa białoruskiego. Jak pan wspomniał, ono nie może od wielu lat wybrać swojej politycznej przyszłości od wielu lat. Wielokrotnie omawiano problemy z prawami człowieka – co samo w sobie jest złem i wymaga reakcji – ale ten represyjny system wykorzystuje też Rosja jako reżim autorytarny, bo łatwiej jest narzucać swoje porządki na ten brak wolności, na ludzi, których sprzeciw wiele razy tłumiono. Czy są pomysły na to, co można zrobić?

To jest problem systemowy. Bez woli politycznej rządzących ciężko tutaj cokolwiek zaproponować, realizować. Gdy rządzący nie chcą rozwijać i wspierać instytucji narodowych, trudno cokolwiek zrobić. Tak, są pewne działania organizacji pozarządowych, które próbują wspierać, rozwijać kulturę, język, tradycje białoruskie. Jednak gdy państwo samo odrzuca konieczność rozwoju i instytucji narodowych, tradycji, kultury, języka na poziomie edukacji – przedszkola, szkół, uniwersytetów – wtedy oddolne wysiłki organizacji pozarządowych są kroplą w morzu.

To kropla w morzu antybiałoruskości – a ostoją w tej antybiałoruskości jest reżim Aleksandra Łukaszenki.

Reżim Łukaszenki sam wykopał jamę dla Białorusi poprzez swoją antybiałoruską, antynarodową politykę. W tę jamą wpadło całe społeczeństwo, które jest częściowo wychowane w kulturze radzieckiej, częściowo jest pod wpływami rosyjskimi i teraz bardzo chętnie przyjmuje inicjatywę dalszej integracji z Rosją.  Tutaj Zachód nic nie może zrobić, bo nie ma żadnych instrumentów, nie ma żadnych możliwości wpływu na społeczeństwo białoruskie i na orientację elit politycznych.

Jeśli porównamy możliwości wpływu na społeczeństwo białoruskie świata rosyjskiego oraz Europy i Zachodu, to widzimy biura telewizji rosyjskiej na Białorusi, aktywną działalność prorosyjskich organizacji na Białorusi – jak na przykład organizacja Ruś Młoda. Jest Rossotrudniczestwo, które wspiera działalność rozmaitych centrów prorosyjskich na Białorusi. Biura Rossotrudniczetwa są w Homlu, Brześciu, Grodnie. Jest też Fundacja Rosyjski Świat, w różnych miejscach są też jej przedstawicielstwa. Oprócz tego Rosjanie aktywnie organizują różne konferencje.

Możemy sprawdzić, jakie fundacje, organizacje zachodnie działają na terytorium Białorusi. A jakie telewizje Zachodu? Nie ma takich przykładów. Czyli przestrzeń jest całkowicie opanowana przez organizacje głoszące idee świata rosyjskiego i to za pozwoleniem władz Białorusi.

Nie wspomniałem  jeszcze o działalności cerkwi prawosławnej. Dysponuje ona absolutnym wsparciem władz. W 2003 roku podpisano konkordat, co oznacza, że cerkiew może prowadzić swoją działalność w instytucjach państwowych, edukacyjnych, w wojsku etc.

Co można zrobić, jeśli państwo robi wszystko, żeby świat rosyjski górował na Białorusi? Tak, możemy głosić idee przez radio, Biełsat, sieci społecznościowe. To jednak wpływ bardzo mizerny. Działalność wszystkich niezależnych organizacji  — dziennikarzy, analityków, nie może zmienić orientacji państwa, kiedy władza patrzy w stronę świata rosyjskiego. Przypomnijmy też o represjach, choćby atakach na niezależne agencje informacyjne –latem miały miejsce aresztowania w tut.by, w agencji BelaPAN. A to wszystko dzieje się z przyzwoleniem państwa i z jego nakazu – to jest działanie na rzecz rosyjskiego świata, a przeciw niezależnym dziennikarzom.

Te wszystkie wizyty, i ministra spraw zagranicznych Polski, i asystenta sekretarza stanu Wessa Mitchella, to bardziej uderzenie we własny wizerunek – obcowanie z władzami białoruskimi, które niszczą państwowość białoruską jest kompromitujące pozycję państw wspierających demokrację i prawa człowieka. Tego nie warto robić.

Nie wiem, jaka byłaby na to odpowiedź. Jednak część osób uważa, że trzeba rozmawiać i szukać rozwiązań.

Jeśli tak, to dlaczego szef MSZ nie jedzie do Rosji. W czym Putin jest lepszy od Łukaszenki – większe zło, mniejsze zło?

Rosja jest agresorem ,a Białoruś może być jej kolejną ofiarą.

Ratowanie Białorusi wcześniej nie skończyło się dobrze, co może zaświadczyć były szef MSZ Radosław Sikorski. Z Hitlerem również rozmawiano – pamiętamy Monachium, była konferencja monachijska.

Brzmi to złowieszczo. Co jednak w takim razie robić? Co politycy Zachodu mogą robić?

Mniej błędów, a rozmowy z Łukaszenką sa błędem. Nie sprzyja to społeczeństwu demokratycznemu, które już faktycznie jest zniszczone.

Te rozmowy i negocjacje od 2014 roku, od kiedy normandzka czwórka przyjechała do Mińska, w żaden sposób nie poprawiły sytuacji na Białorusi w zakresie demokracji, praw człowieka, wolności słowa. Ta sytuacja nawet się pogorszyła w niektórych sytuacjach. Dziennikarze Biełsatu są umieszczani za kratami, etc.

Niektórzy eksperci odpowiedzą na to, że lepiej mieć kontakt z miejscowymi władzami, być na miejscu, rozmawiać, wtedy można wpłynąć na sytuację.

Powinny być efekty takich rozmów. Europejskie podejście do Białorusi – to często negocjacje dla negocjacji, a efektem nie jest poprawa sytuacji praw człowieka, zmniejszenie presji na opozycję etc. Tego nie ma – warunki na Białorusi, w tym warunki funkcjonowania społeczeństwa, realnej opozycji, nie poprawiły się w ostatnich latach. Reżim jak był represyjny, taki i jest. Przez te cztery lata nic się nie zmienia.

Weźmy taki przykład. Swietłana Aleksijewicz, laureatka nagrody Nobla, przez cztery lata nie miała możliwości wygłoszenia swojego wykładu na uniwersytecie na Białorusi. To mówi wszystko.

Jeśli polityk nie rozumie sytuacji na poziomie życia człowieka, który chce mieć możliwość wyrażania siebie, realizowania się, jeśli politycy nie myślą o sytuacji z poziomu człowieka, to jacy to politycy.

Myślę, że wszystko to krąży wokół takiego problemu jakim jest niezależność Białorusi. Jak pan ocenia perspektywy w tym zakresie?

Białorusi niezależnej już nie ma. Bo niepodległa Białoruś …

Może kiedyś będzie i wolna i niezależna. Wszyscy w to wierzymy.

Kiedyś – to może być za 50 lat. To już sfera marzeń, a nie realna polityka i to nie zależy w żaden sposób od tego, co teraz robi asystent sekretarza stanu, czy szef polskiego MSZ.

Dzisiaj jednak – Białorusi jako kraju niezależnego i niepodległego nie ma.

Chyba w pewnym sensie jeszcze jest niezależna -choć trochę tak, jak państwa bloku komunistycznego za komunizmu — nie były suwerenne w swoich decyzjach, pewne instytucje były fikcyjne…

Bardzo ciężko powiedzieć, w jakich decyzjach Łukaszenka jest niezależny. Jeśli państwo nie rozwija języka, kultury, nie ma edukacji białoruskiej, telewizji białoruskiej, a akurat promuje kulturę rosyjską, i język rosyjski jest de facto językiem państwowym, wychowania, edukacji, to o jakiej niezależności możemy mówić.

Jeśli chodzi o poziom symboli – godło i flaga białoruska to symbole radzieckie. Jeśli porównamy je z symbolami Nadniestrza, nieuznawanej republiki, są prawie takie same – to modyfikacja sowieckich symboli. Czyli na poziomie, kultury, języka, symboli Białoruś nie jest krajem niezależnym. Chodzi o to, że jest przywiązana do tradycji, kultury, państwowości sowieckiej.

Idźmy dalej. O jakim państwie niezależnym można mówić, jeśli Białoruś jest w sojuszu z Rosją i tworzą jedno państwo związkowe od 1999 roku? Zapytajmy też, czy Białoruś może dziś porzucić ten sojusz? Może zdecydować, że nie chce należeć do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB) a chce negocjować rozwój relacji z UE czy z NATO? Nie może, bo od razu Łukaszenka straci władzę.

Jeśli chodzi o energetykę, zależność od Rosji jest stuprocentowa, nawet na poziomie energetyki alternatywnej, chodzi o budowę elektrownię atomową, budowaną za rosyjskie pieniądze i przez rosyjski Rosatom.

Czyli gdzie jest ta niezależność? Tylko na poziomie deklaracji w sprawie Abchazji czy Osetii i aneksji Krymu? To nie jest wskaźnik niezależności.

Gdy Łukaszenka spotyka się z Putinem i mówi, że Mohylew to rosyjskie miasto, nie widzę w tym dążenia do niezależności. Chodzi o to, że Łukaszenka chce przynajmniej do końca biologicznego życia zachować władzę na Białorusi – Białoruś jako kraj go nie obchodzi. W jakimkolwiek momencie może całkowicie zrezygnować z niezależności. Teraz po prostu odkrawa po kawałku tę niezależność i sprzedaje Rosji za kredyty, za niższe ceny. Nie chce rozmawiać z  Francuzami o budowie elektrowni czy Norwegami o dostawie ropy, ani podpisać traktatu o asocjacji z UE, ani rozmów z NATO o bazie wojskowej. Największym zagrożeniem dla niepodległości jest reżim Łukaszenki.

Łukaszenka jest antyeuropejski, antyzachodni i antydemokratyczny – to są te bodźce, które kształtują orientację geopolityczną Białorusi. Niedemokratyczna Białoruś, bez wolności – nigdy nie będzie krajem niepodległym. Ci, którzy w to wierzą i chcą rozmawiać z Łukaszenką, to świadczy o ich płytkości.

To nie jest chyba kwestia chęci, tylko próba poszukiwania dróg. Nie wiem, ale może czasem to bywa desperackie poszukianie dróg?

Innych dróg nie szukano. Można było poszukać możliwości rezygnacji z reżimu wizowego, rozszerzyć wsparcie dla agencji informacyjnych. A teraz odwrotnie, mamy do czynienia z ograniczaniem wsparcia dla działalności mediów probiałoruskich, nawet Karty 97. Są problemy Biełsatu.

Tu zatem chodzi o to, że należałoby wspierać media, przekaz informacji. I to powinien być priorytet. A to zginęło z pola widzenia.

Trzeba wspierać niezależnych analityków, niezależne centra, białoruskich  naukowców.

Chodzi o utrzymanie krwiobiegu białoruskiego niezależnego życia, nawet poza granicami.

Tak, ale też o to, żeby móc skądś uzyskiwać obiektywną informację o tym, co się dzieje na Białorusi.

Potrzeba zatem więcej wsparcia dla społeczeństwa demokratycznego. To trochę jak za zimnej wojny – społeczeństwa w sferze wpływów sowieckich nie miały szans na swobodne wypracowywanie ważnych dla siebie wartości w kulturze i nauce, nie miały szans na utrzymanie obiegu informacyjnego, prowadzenia badań  – jeśli nie otrzymały wsparcia. Ta pomoc na pewno jest potrzebna. Bez tego to społeczeństwo nie przetrwa, nie będą miały jak przetrwać elity.

Tu się zgadzamy.

Tu też była trudna sytuacja, ale na szczęście wszystko się zmieniło. Więc nadzieję na zmianę trzeba mieć zawsze.

Zmieniła się tylko i wyłącznie, gdy osłabł reżim w Moskwie. I na Białorusi będzie to samo.

***

Rozmawiała Agnieszka Marcela Kamińska, PolskieRadio24.pl